09/04/2026
Wizyta w Pepe in Grani: moja kulinarna pielgrzymka do Caiazzo
Franco Pepe łączy tradycję z nowoczesnością, tworząc z pizzy dzieło sztuki. Zapraszam na wspomnienie z mojej wizyty w miejscu, gdzie ciasto wyrabia się ręcznie, a każdy kęs to czysta celebracja.
Udając się w godzinną podróż na północny wschód od Neapolu górzystymi terenami docieramy do Caiazzo. To małe miasteczko o starożytnych korzeniach, które od pierwszego momentu zachwyca nas pięknymi widokami, imponującym zamkiem Castello di Caiazzo, wąskimi i krętymi uliczkami, między którymi warto się, chociaż na chwilę zagubić, aby odetchnąć od atmosfery krzykliwego Neapolu. Dla mnie to miasteczko jest idyllicznym obrazem, niczym z pocztówki, ale zarazem niepozornym miejscem stanowiącym mekkę miłośników kuchni. To właśnie tu, w swoim rodzinnym mieście szef Pepe zdecydował się pokazać nowe oblicze najsłynniejszego dania świata. Wyrabiając ciasto wyłącznie ręcznie i wykorzystując tylko lokalne składniki, wyraża szacunek dla tradycji i swojego rodzinnego regionu.
Dlaczego tak bardzo chciałam odbyć pielgrzymkę kulinarną do Caiazzo?
Jeśli ktoś z Was kojarzy postać Franco Pepe, to zapewne tak jak ja oglądał odcinek dokumentu Netflix z jego udziałem. Kiedy skończyłam oglądać czwarty odcinek serii Chef’s Table Pizza wiedziałam, że nie wiem jak i nie wiem kiedy, ale muszę się dostać do Caiazzo.
Parę miesięcy temu postanowiliśmy wyjechać na kilka dni i spędzić moje urodziny z dala od domu. Zapytana przez męża dokąd chciałaby pojechać, moja odpowiedź była oczywista — Neapol! Bo stąd już blisko do Caiazzo.
Planując wizytę w Pepe in Grani nie ma miejsca na spontaniczność. rezerwacji trzeba dokonywać z wyprzedzeniem. Dlatego niemal płakałam ze szczęścia, kiedy dostałam maila, z potwierdzeniem rezerwacji na dzień moich urodzin. I tak zaczęłam odliczać dni do tego wydarzenia.
Jak znaleźć Pepe in Grani i co zastaniemy na miejscu?
To nie jest miejsce, które do nas krzyczy, nie znajduje się przy głównej ulicy i nie macha do nas wielkim szyldem. To miejsce wplecione w labirynt uliczek i schodów, do którego drogę wyznacza dyskretny drogowskaz, którego wypatrują kulinarni pielgrzymi.
Podążając ścieżką z kamiennych schodów, ukazuje nam się odrestaurowany budynek pochodzący z XVIII wieku. Franco Pepe zamienił stary, opuszczony pałac w wyjątkowe miejsce. Połączenie surowej architektury, kamienia i cegieł z nowoczesnym, minimalistycznym wystrojem dopełnionym dyskretnym oświetleniem w połączeniu z pięknym ogrodem, stanowi unikalne tło dla kulinarnej uczty. To połączenie tradycji z nowoczesnością jest dla mnie ucieleśnieniem samej postaci szefa. Wywodzący się z rodziny o tradycjach pizzaiolo oddaje hołd swoim korzeniom, ale dodaje do nich swoją indywidualność.
Odwiedzając restauracje w miesiącach wakacyjnych możecie zjeść kolację na tarasie z zapierającym dech widokiem na okolice Caiazzo. Ja nie miałam tyle szczęścia, ale… jest to dla mnie kolejnym pretekst do powrotu.
O wyjątkowości tego miejsca stanowi nie tylko wystrój, ale i atmosfera, jaka w nim panuje. Wchodząc do lokalu możemy obserwować kuchnię, w której pizzaiolo w białych strojach krzątają się między blatami a dużymi drewnianymi skrzyniami, w których wyrasta (tylko!) ręcznie wyrabiane ciasto. Możliwość podglądania procesu przygotowania posiłków daje nam poczucie odsłonięcia rąbka tajemnicy. Uśmiechnięci, przyjaźni kelnerzy nieprzerwanie kręcą się między tym laboratorium smaków a stolikami i mimo występującej momentami bariery językowej opiekują się nami podczas całej kolacji. Między tymi wszystkimi postaciami przenika sam szef, dopytując, doglądając i dbając. Ciche wypatrywanie jego postaci i dyskretne podglądanie w trakcie pracy to kolejne przeżycie, które wywołuje rumieniec na policzkach gości i szepty podziwu na salach.
W restauracji spotykamy gości wszelkich narodowości. Każda z osób jest przejęta i z wyczekiwaniem spogląda na białe talerze w rękach obsługi wyrażając na głos swój zachwyt i zaskoczenie kiedy danie jest im podawane.
W lokalu panuje swobodna, niezwykle przyjemna atmosfera. Co więcej, większość gości je potrawy nie sztućcami a rękoma, więc jeśli tak jak ja wolicie ten sposób konsumpcji, to nie musicie się krępować. Na stoliku czekają na Was nawilżane chusteczki, które kelnerzy donoszą na bieżąco.
Połączenie wszystkich tych składników sprawia, że wizyta w Pepe in Grani jest wyjątkową celebracją, która ma swój początek jeszcze przed rozpoczęciem konsumpcji.
Co jadłam w Pepe in Grani?
Menu poza daniami à la carte oferuje trzy opcje degustacyjne. Do wyboru mamy małą, średnią i dużą. Jeśli odwiedzacie restauracje po raz pierwszy, polecam wybrać, którąś z tych opcji. My zdecydowaliśmy się na średni zestaw degustacyjny i mam dla Was dobrą radę. Nie jedzcie nic przed kolacją, ewentualnie lekkie śniadanie, dużo spacerujcie i załóżcie luźny strój. Jestem ogromnym łasuchem i jeśli potrawa mi smakuje, jestem w stanie zjeść naprawdę dużą porcję, ale w tym wypadku było to dla mnie bardzo duże wyzwanie.
Menu degustacyjne: przekrój przez smaki
Jakie dania znajdziemy w menu degustacyjnym?
Kawałek smażonej pizzy, w naszym wypadku była to kompozycja Mediterranea. Podana ze świeżymi warzywami, sosem z tuńczyka i (ku mojej rozpaczy) z selerem naciowym. Dlaczego rozpaczy? Ponieważ szczerze go nie znoszę. Podobno do niektórych smaków trzeba dojrzeć, a ja w tym przypadku jestem całkowicie niedojrzałą osobą. Widząc mojego smakowego wroga, mimo wszystko postanowiłam zmierzyć się z nim, w końcu szef chyba wiedział co robi komponując to danie. I po pierwszym kęsie okazało się, że to nie seler jest niesmaczny, tylko nigdy nie jadłam go przygotowanego w satysfakcjonujący moje podniebienie sposób. Po tym doświadczeniu nie mam wyjścia i muszę spróbować odtworzyć ten smak.
Kolejnym daniem było Ciro, czyli rożek ze smażonej pizzy wypełniony nadzieniem z Grana Padano, podany z pesto z rukoli i posypany suszonymi czarnymi oliwkami z Caiazzo.
Następnie zjedliśmy po pięć kawałków pieczonej pizzy. Smaki są wybierane przez kucharzy, ale jestem pewna, że zawsze będziecie mieć okazję spróbować tej jednej jedynej Margherity Sbagliata! Tu mogę się do czegoś przyznać… od lat uważam, że jeśli ktoś potrafi przygotować pyszną, elegancką Margheritę jest w stanie przygotować każdą pizzę. Piękno, a zarazem trudność tej kompozycji tkwi w jej prostocie, a w tym wypadku szef Pepe zaskakuje swoją interpretacją klasyku. Ciasto jest pieczone z dodatkiem mozzarelli i oliwy, a zredukowane, lokalnie uprawiane pomidory oraz sos z bazylii dodawane są po upieczeniu, tworząc kompozycje, która w moim odczuciu jest świetnym przykładem neoplastycyzmu w sztuce kulinarnej. Takiej formy nie powstydziłby się sam Piet Mondrian! Kolejną z topowych propozycji, którą mieliśmy okazję próbować była pizza Scarpetta, z dodatkiem musu z pomidorów, Grana Padano i suszonego pesto z bazylii. Kolejnymi były Profumi del Matese z borowikami, konfiowanymi pomidorkami i oregano oraz Mangibufalo z dwoma rodzajami sera, octem, orzechami, bresaolą i świeżą endywią. Piątą pizzą było Calzone con Scarola Riccia, z nadzieniem z anchois, kaparów, oliwek i endywii, która mimo pieczenia zachowała lekkość i chrupkość.
Kolację zakończyliśmy trzema deserami. Próbowaliśmy smażonej pizzy deserowej w dwóch smakach: najbardziej znanej kompozycji Crisommola del Vesuvio ze skórką cytrynową, ricottą i dżemem z moreli posypanej prażonymi orzechami i suszonymi czarnymi oliwkami oraz Gelsominy z kremem i syropem posypanej skórką cytryny i cukrem pudrem. Ostatnim deserem były Straccetti Mielle e Rosmarino. Wyglądem danie przypominało kawałki smażonych piersi kurczaka, a w rzeczywistości były to usmażone kawałki ciasta z dodatkiem cukru, miodu i cynamonu, podane z dipem z ricotty z rozmarynem i skórką cytrynową.
Do średniego i dużego menu degustacyjnego podawany jest również truskawkowy spritz, przygotowany specjalnie dla Franco Pepe przez Giancarlo Mancino, jednego z najbardziej znanych barmanów na świecie, twórcę m.in. marki Mancino Vermouth.
Jak mi smakowało?
Jak już wspomniałam — mimo że ta ilość jedzenia była wyzwaniem to uważam, że warto było spróbować tak wielu smaków. Połączenia dodatków były często zaskakujące i niespotykane, a składniki naprawdę wysokiej jakości. Największym zaskoczeniem było jednak ciasto. Było puszyste, ale nie zapychające, miało lekko chrupiącą skórkę, ale pozostawało miękkie. W przypadku pizz smażonych dodatkowym zaskoczeniem był fakt, że nie było ono nasączone tłuszczem, próby ściskania ciasta w palcach nie pozostawiały na nich tłustego filmu. Również koncepcja podawania pizzy w różnych odmianach od przystawki po deser jest niezwykle innowacyjna.
Wszystkie kompozycje mi smakowały, oczywiście jedne wzbudziły we mnie większy entuzjazm, inne mniejszy. Pieczone pizze ze składnikami dodawanymi po upieczeniu były zaskakujące, a smażone — szczególnie te przygotowane na słodko wyniosły desery na nowy poziom. Moim faworytem jest zdecydowanie Ciro. Smażony rożek posiadał przepyszne nadzienie z doskonałego Grana Padano, a dodatek świeżego, niedominującego nad smakiem sera pesto z rukoli i sproszkowanych oliwek, które dzięki sposobowi obróbki stały się o wiele mniej intensywne i mniej słone dopełniał kompozycji. To danie mogłabym jeść bez końca! Tak samo jak podane na deser smażone kawałeczki ciasta z serowym dipem. Słodkie, chrupiące z idealnie przyprawionym kremowym serem przypominały delikatnie churros lub oponki, ale były czymś nieporównywalnie pyszniejszym!
Niespodziewana atrakcja wieczoru, czyli spotkanie z szefem
Po skończonej kolacji, kiedy już mieliśmy wychodzić z lokalu, udało nam się spędzić kilka minut z samym szefem. Dla mnie było to przeżycie równe spotkaniu jednej z ulubionych gwiazd rocka. Szef był niezwykle uprzejmy, uścisnął nam dłonie i dopytał, skąd do niego przyjechaliśmy. Podarował nam również kartkę z autografem i zrobiliśmy wspólne zdjęcie. Szczerze mówiąc, wiedząc, że to właśnie urodzinowy wieczór spędzę na kolacji u szefa, układałam w głowie, co chciałabym mu powiedzieć, gdybym jakimś magicznym zbiegiem okoliczności udało mi się go spotkać. Oczywiście zmieszanie i emocje wzięły w tamtym momencie górę i się nie udało… . Spotkanie to było naprawdę czymś wyjątkowym. Tak samo jak sama osoba szefa. Nie jest to rodzaj celebryty. Jest to mężczyzna skromny, uśmiechnięty, ale przyglądając mu się chwilę dłużej, uważam, że również zmęczony ciężką pracą. Widać w nim pasję do tego co robi i wdzięczność człowieka, który mimo ciężkich momentów spełnił swoje marzenie.
Czy wrócę do Caiazzo i ponownie zjem w Pepe in Grani?
Zdecydowanie tak.
Dlaczego?
Żeby zjeść kolację na tarasie, podziwiając okoliczne wzgórza.
Żeby tym razem poza przeżywaniem również uwiecznić na fotografiach tę wizytę.
Żeby odkrywać nowe dania i smaki.
Żeby nadal być wdzięcznym za to, że są miejsca na świecie, gdzie jedzenie przygotowuje się własnymi rękami.
Żeby tym razem powiedzieć szefowi to co ułożę wcześniej w głowie i poprosić o drugi autograf na mojej kartce.
To były zdecydowanie moje najsmaczniejsze i jedne z bardziej wzruszających urodzin. Życzę sobie spędzić kolejne, jedząc lepsze lub tak samo dobre potrawy.
A Was zachęcam do odbycia swojej pielgrzymki kulinarnej do Caiazzo.