07/06/2021
NIE KUPUJ ROŚLIN
"Znów kupiłam cały bagażnik roślin."
"Wydałam już w tym roku parę stów, a to pewnie nie koniec."
Myślę, że moja babcia nigdy nie kupiła żadnej rośliny. A miała ogromny ogród kwiatowy i warzywny oraz sad. Nasiona też kupowała rzadko, raczej zbierała własne. Podejrzewam, że dziadek kupił sadzonki malin i porzeczek przy zakładaniu hektarowej plantacji, ale potem rosły kilkadziesiąt lat. Oczywiście, wynikało to również z tego, że roślin w sklepach nie było. Dzięki temu mogli korzystać z innych strategii. Teraz ogromne hale sklepów ogrodniczych kuszą tysiącami sadzonek, można je kupić nawet w markecie. Ale czy przychodzi nam do głowy, jak brudny może być ten kwiatowy biznes?
Temat "wypłynął" przy okazji torfu i akcji informacyjnej dotyczącej ziemi ogrodowej. Chodziło o to, żeby nie kupować jako "ziemi do kwiatów" torfu z bezcennych torfowisk, tylko posługiwać się kompostem. Tyle że uprawa sadzonek to wyłącznie torf - ogromne ilości torfu wydobywanego z mokradeł, których mamy coraz mniej, a które są jednym z kluczowych elementów prawidłowego krążenia węgla i wody na naszej planecie, nie wspominając o ich ważnej roli w ochronie bioróżnorodności. Nie kupuj torfu... ale też nie kupuj roślin, bo one są uprawiane właśnie w torfie. Substrat torfowy szybko się zużywa i każda szklarnia potrzebuje go wciąż na nowo... Producenci roślin zamawiają go w dziesiątkach tysięcy litrów. Całe tiry torfu na produkcję kwiatków i tujek.
Ale to nie koniec - większość sadzonek wcale nie jest produkowana w Polsce. Po tirach pełnych torfu na drogi wyjeżdżają tiry pełne plastikowych (używanych jednorazowo) doniczek z roślinami. Jadą przez całą Europę... Czy ten ślad węglowy jest naprawdę niezbędny? Czy ten śliczny ogródeczek jest tego wart?
"Wydałam tyle na rośliny, a teraz zżerają mi je ślimaki i mszyce, muszę pryskać!"
Powiedzmy sobie szczerze, pojęcie "cieplarniane warunki" nie wzięło się znikąd. Po sterylnych warunkach szklarni, gdzie roślina hodowana jest w taki sposób, żeby przez chwilę wyglądała ładnie w sklepie... czas na twardą rzeczywistość. Niezahartowane roślinki o miękkich, delikatnych listkach lądują nagle w ogrodzie, gdzie ślimaki, mszyce, gąsienice i cała masa innego życia tylko czeka na taką okazję. Większość roślinożernych bezkręgowców rzuca się na rośliny osłabione, obumierające. Roślina z plastikowej doniczki wypełnionej sterylnym torfem potrzebuje miesięcy lub lat, żeby się zadomowić, stworzyć mikoryzy, nauczyć się żyć w danym miejscu. Do tego momentu będzie łatwym łupem, wymagającym ciągłej uwagi i troski. Może też być tak, że w sklepie sprzedawane są rośliny w ogóle nie dostosowane do naszych warunków klimatycznych, a ludzie kupują je... bo są ładne. Rośliny słabną, mszyce i ślimaki się na nie rzucają. Zaczynają się opryski... Tak, kupowanie roślin to również znacznie zwiększone zużycie pestycydów.
Co zamiast kupowania? Warto nauczyć się rozmnażać rośliny - nie jest to łatwa sztuka, ale jeśli naprawdę chcemy mieć ogród, który nie niszczy planety, to bardzo warto. Warto rozejrzeć się po okolicy - może rosną tu gdzieś jeszcze stare odmiany, od lat nauczone żyć w tym miejscu? Można poprosić sąsiada, babcię, teściową o szczepkę, wykopać cebulki z porzuconych ogródków. Warto też docenić urok roślin dzikich, które już na naszym terenie rosną.
Ogród wydaje się takim "zielonym" hobby. Okazuje się jednak, że może nie tylko stać się lokalną biologiczną pustynią, ale też wpływać negatywnie na planetę w dużo większej skali.
Dobrze, że można inaczej.