06/07/2026
Jak to się zaczęło?
Zamiłowanie do kwiatów mam po dziadku Franciszku, który w okresie okupacji był ogrodnikiem w majątku barona Feliksa Konopki w Brniu. Tamtejszy park, zaprojektowany przez Wiedeńczyka Pfaffinera, uznawany był za najpiękniejszy w całej Galicji. Później władza ludowa uznała, że pałac i majątek są baronowi niepotrzebne, a park obejdzie się bez ogrodnika. Wówczas dziadek przeprowadził się do Polanicy-Zdroju i objął kierownictwo tutejszego ogrodnictwa. Produkowano tam tysiące rozsad do obsadzania rabat i klombów, a także rododendrony i azalie do uzupełniania nasadzeń w Parku Zdrojowym. Można było kupić stylowe doniczki fiołków alpejskich, kwiaty wręczane na zakończenie turnusu w sanatorium i piękne bukiety ślubne. Szczytem florystycznego kunsztu były olbrzymie kosze kwiatowe przygotowywane dla artystów występujących w Teatrze Zdrojowym. Mieczysław Fogg był tak zachwycony floksami i wielokwiatowymi różami poliantami, że poprosił o wysłanie ich krzewów do Warszawy. Miejscowe róże sztamowe były ponadczasowe i zawsze pozostawały synonimem dobrego gustu. Potem przyszła epoka goździków – słynne „goździk, klapa, rąsia, buźka” – a po niej moda na gerbery i frezje.
Zanim dziadek odszedł, zdążyłam pobuszować po szklarniach, którymi się opiekował, a nawet coś z nim czasem posiać. Poza tym jako dziecko uwielbiałam spędzać wakacje na polanickich łąkach. Zachwycałam się wszystkim, ale do moich absolutnych faworytów od zawsze należą goździk kartuzek o cudownym kolorze, delikatne dzwonki, pachnąca macierzanka i, rzecz jasna, poziomki..
Dawniej Park Zdrojowy w Polanicy był ogrodzony siatką. Miałam jednak swoje tajne przejście, które prowadziło pod ogromne baldachimy różaneczników nad strumykiem. Kiedyś udało mi się tam wypatrzeć gila zażywającego kąpieli :) Do dzisiaj mam swoje miejsca w naszym uzdrowisku, w kórych spotykam szczygły, pleszki, kopciuszki, kowaliki, dzięcioły, pełzacze, sójki. Kosy, drozdy i sikorki są tu wszędzie :)
Jako dziewięciolatka z ogromnym zapałem poznawałam ptaki. Nauczyłam się rozpoznawać wszystkie gatunki występujące w Polsce z książki „Jaki to ptak?” (tej z dzięciołami na okładce). Ktoś ją jeszcze pamięta? To były czasy…
Miałam zostać ornitologiem, ale w liceum zakochałam sie w matematyce, potem miałam być psychologiem, a na koniec wylądowałam na lingwistyce stosowanej :) Kilka lat prowadziłam prywatna szkołę języka angielskiego w Radomiu, a kiedy urodził się nasz pierwszy syn Kubuś, zamieszkaliśmy na stałe w Polanicy. Tu pracowałam jako tłumacz, projektowałam i zlecałam produkcję pamiątek dla Kopalni Soli “Wieliczka”, przez kilka lat byłam w spółce zajmującej się lampami z soli himalajskiej, a następnie znów pracowłam z dziećmi – tym razem w domu wczasów dziecięcych. Ostatecznie wróciłam na łąkę, na której czuje się najlepiej i która daje mi nieskończone możliwości tworzenia. Zdobyłam warsztat w szkole florystycznej i studiowałam na kierunku Dyscypliny Plastyczne w Architekturze na ASP we Wrocławiu. Moja Pani Profesor mawiała, że żeby odbiorca przyjął twoje dzieło, najpierw musi ono przekonać ciebie samego. Dlatego tworzę tak, jak czuję i rzeczywiście spotyka się to z bardzo ciepłym odbiorem.