12/04/2025
"Jeżeli ktoś urodził się w Warszawie, to raczej nie wierzy architekturze. Architektura kłamie. Trudno jej z tego powodu robić wyrzuty. Taka praca. Architektura daje dach nad głową (w tym miejscu powinna się pojawić strona z książki Sztuka budowania: szałasy, namioty, jurty koczowników). Architektura daje dach nad głową i zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Więc kłamie. Jak inaczej można zapewnić poczucie bezpieczeństwa w Warszawie. Rozgryzanie jej oszustw to była nasza rodzinna rozrywka. Zaczynało się od chronologii i zaraz wychodziło na jaw, że nędzne kamienice przy ulicy Lewickiej są starsze niż zabytki Starego Miasta.
Nowe budynki wznoszono tak wolno, że kiedy wreszcie były gotowe, okazywały się rozpaczliwie przestarzałe. Prawdziwie nowoczesne domy najczęściej pochodziły z lat przedwojennych. Na przykład trybuna na wyścigach konnych.
Te wyścigi to był jakiś rodzaj cyberpunka, retro-futuro-huzarszczyzny. Z taśmociągiem do podawania obroku i mnóstwem podobnych patentów. Futurystyczny gadżet archaicznego społeczeństwa (które, ogólnie biorąc, uważało, że konie są fajniejsze od samolotów).
Tymczasem, na moich oczach powstał Dworzec Centralny, Zamek Królewski i nawet Zamek Ujazdowski.
Zamek Ujazdowski budowano szczególnie długo i mozolnie. Znałem starszego pana, który parę lat po wojnie kierował rozbiórką tego samego obiektu. Wspominał tę akcję z sentymentem. Chętnie wracał do lat, gdy był oficerem ludowego wojska. Prowadził proste życie. Latał kukuruźnikiem. Robił, co kazali. Sam też wydawał rozkazy. Zburzyć to zburzyć. Wziął kompanię żołnierzy. Szast prast i gotowe.
Z czasem stało się jasne, że zabytek zburzono, żeby zrobić miejsce na nowy zabytek. Na lepsze, poprawione, wydanie barokowej rezydencji. Cała koncepcja nie wydawała mi się szczególnie dziwna. Przecież wszystko działo się na niby.
Ufać można było tylko pokrywom od studzienek i kanałów burzowych, z odlaną nazwą „Białogon” i datą roczną.
[...]
W zeszłym roku, pod koniec sierpnia, szwendałem się po Gdyni – i trafiłem na budynek z pierwszej połowy lat 50. (bo dziwne są koleje projektowania i realizacji).Było tam mnóstwo szarej cegły. Ściany z luksferów. Okrągłe okienka. Wywinięte daszki z betonu. Odruchowo zacząłem robić zdjęcia, żeby je wysłać ojcu. Chociaż umarł tak dawno, że już nawet nie pamiętam jego komórki.
Poczułem się jak w domu. Może domem jest pewien typ architektury. Ten, który nie udaje. Nie dba o dumną przeszłość. Nie obiecuje, że polecimy w kosmos. Nie popisuje się. Nie błaznuje. Nie udaje gwiazdy estrady. Unika inwestycji na rynku kapitałowym. Nie liczy na dywidendę. Po prostu odwala swoją robotę. Rzetelnie pracuje – pozwalając sobie najwyżej na lekki uśmiech. Porozumiewawcze mrugnięcie bulajem.
Myślę, że od modernizmu oczekiwaliśmy właśnie tego: szczerości. Socjaldemokratycznej prostoty.
A że socjaldemokraci też mają swoją czarną kasę, tajne sojusze i trzecie drogi? Że szukają kompromisów, porzucają ideały, miziają się z wolnym rynkiem? Wszyscy jesteśmy ludźmi. Domy też. Postmodernizm – gdy na dobre przyszedł – wydał się wesoły. Skory do żartów. Gadatliwy.
Nagle można było odpuścić. Machnąć ręką na obowiązki, społeczną świadomość. Na chwilę zostawić prawdomówność nudną jak kołatka lub poemat moralisty.
Podaruj sobie odrobinę luksusu, zachęcały reklamy. Wreszcie można było pożartować, pozmyślać, chlapnąć kolorowego tynku, obwiesić dom detalem. W końcowych dekadach socjalizmu detal stał się prawie niedostępny, przynajmniej w ramach państwowego przemysłu budowlanego.
Budynki stały się rozgadane. Miasto opanowali gawędziarze. Zamiast postawić kropkę, podniecali się własnym głosem. Dodawali wciąż nowe, coraz bardziej wymyślne szczegóły. Nijak nie potrafili skończyć.
Warszawa była postmodernistyczna, zanim to się stało modne. Została, gdy postmodernizm wyszedł już z mody. Ściśle biorąc, został wyprowadzony. Tylnymi drzwiami, z czapką naciągniętą na oczy i nisko opuszczoną głową.
Nic nie poradzimy. Architektura powstaje z kłamstw i blagi. Jest piramidą finansową, jest nierzetelną reklamą, lipnym testamentem i fałszywym alibi. Naszą ostatnią, ryzykowną linią obrony."
Marcin Wicha "Blaga" w numerze Architektura postmodernizmu.
Jutro wspominamy i czytamy Marcina w Krakowie
https://www.facebook.com/events/1959607188142159
zaglądnijcie pogadać do Księgarnia Karakter o 17 w sobotę 12 marca.
Marcin Wicha, fot. Mikołaj Starzyński/wikipedia